Minął ponad rok odkąd jestem tutaj w Anglii.
Nie potrafię w to uwierzyć totalnie... No i przyszedł ten czas, że postanowiłam wylecieć. Czyli wszystko poszło zgodnie z planem, "nie poprzestawiało mi się".
Z jednej strony się cieszę, z drugiej stresuję, z trzeciej nie mogę w to uwierzyć, z czwartej jak pomyślę o tym jak bardzo będę tęsknić za moim bratem, to wcale nie chcę stąd odlatywać.
No ale coś za coś, tak jak rok temu przy wylocie tutaj.
No i co? I ściągnęła mnie miłość. Pewnie bym tu jeszcze została gdyby nie M. A miał być dziwny typek i tyle. Oboje nie dowierzamy jak do tego doszło. Ale jestem szczęśliwa, bardzo i mam nadzieje że tak zostanie.
Będę tęsknić za paroma osobami stąd, ale po miesiącu mi przejdzie. Długo będę wspominać miłe momenty życia tutaj. Wiele się przez ten rok nauczyłam, myślę że się nie zmieniłam, a trochę rozwinęłam. Zawsze to nowe miejsce, nowe doświadczenia, nowa kultura, nowe znajomości. Chciałam zrobić więcej będąc tu, nie udało się, trudno. Ale przynajmniej wypełniłam główny cel wyjazdu.
Wiele rzeczy czeka na mnie w Polsce, mam nadzieje że wystarczy mi energii, entuzjazmu, zapału do zrealizowania wszystkich rzeczy, które postanowiłam. I znowu pojawia się pytanie, czy dam radę? Po raz kolejny, to się okaże. Wygląda na to, że znowu mam wszystko i boję się tego stracić.